03 września 2016

Prolog

        Był czerwiec. Właśnie rozpoczęły się wakacje, więc lotniska były coraz bardziej oblegane z powodu licznych wyjazdów. Ja również miałam wylecieć, do pozostawionego przed latami Nowego Jorku, do domu, który pozostał mi po rodzicach.
       Podczas dłużącej się drogi na lotnisko myślałam o tym, co zostawiłam tam kilka lat temu.
O domu, który miałam teraz zająć. Rodzice pozostawili go mi w spadku. Zmarli dwa lata temu. Do tej pory za nimi tęsknię, a ze jestem jedynaczką, tym ciężej zniosłam tę stratę. Jednak już pogodziłam się z tym, że nie ma już ich przy mnie. Byliśmy szczęśliwą i zgraną rodziną, która często wyprawiała obiady dla sąsiadów i przyjaciół. Zwłaszcza dla Collinsów, których syn szybko stał się moim najlepszym przyjacielem, który równie szybko znikł z mojego życia. Byłam wtedy bezradna, jak policja, która szukała go wtedy po całym hrabstwie. Wiedziałam, że go tam nie znajdę, ale coś mi mówiło, że możliwe, iż to okaże się kłamstwem.
       Ostatnie dni spędzone na wyjeździe były cudowne. Otoczona znajomymi, których poznałam podczas mojego kilkuletniego pobytu, nie musiałam myśleć o czymkolwiek ważnym. Wśród nich były też osoby, z którymi zżyłam się mocniej, niż przypuszczałam. To one były przy mnie, podczas ciężkich chwil po przylocie do Paryża.
       Nad lotniskiem chmurzyło się, co pasowało do mojego równie pochmurnego. Nie cieszyłam się na powrót, uznawałam to za zło konieczne. Manhattan już nie wywoływał u mnie takich pozytywnych myśli jak dawniej.
       Pasażerowie powoli zajmowali miejsca w samolocie, natomiast ja myślami byłam gdzieś indziej, pogrążona w przeszłości. Na dachu budynku, w którym mieszkałam. Niegdyś uważałam je za najpiękniejsze miejsce gdzie spędziłam większość czasu, miejsce, z którego czerpałam tyle szczęścia.
Od tego myślenia zaczęła boleć mnie głowa, a w uszach zaczęły dzwonić słowa Deborah:

       „Po co było znowu o tym myśleć?” – Zapytałaby dziewczyna, przybierając zatroskaną minę, na którą mimowolnie się uśmiechnęłam.
        Była moją najlepszą przyjaciółką, ale Daniela i tak nikt mi nie zastąpi. Obie byłyśmy tego świadome. Od kiedy nasze drogi się rozeszły, to ona wysłuchiwała mnie, kiedy potrzebowałam się komuś wygadać. Ból głowy się nasilił i zrobiło mi się zimno, pomimo tłoku, który panował w samolocie. Czyżby to był początek choroby?
       Usiadłam w jednym z foteli przy oknie. Przyglądałam się znudzona ludziom: samotne kobiety, pary, dzieci oraz biznesmeni. Nic ciekawego i nikogo, na czym dałoby się zawiesić oko. Kiedy samolot miał już startować, hostessa uprzedziła że za chwilę odlatujemy. Po paru sekundach jednak został nadany drugi komunikat: jeden z pasażerów trochę się spóźni. Nie minął kwadrans, jak spóźnialski wsiadł na pokład, a ja, podobnie jak kobieta, która siedziała w fotelu po lewej stronie, odwróciłam się z ciekawości.
        „Nie, to nie jest możliwe. Daj spokój, Hope!” – Pomyślałam, karcąc siebie bezgłośnie.
To był on, a przynajmniej tak mi się zdawało na pierwszy rzut oka. Wysoki brunet ubrany był w granatowy garnitur, który ewidentnie był wykonany przez nie byle jakiego krawca. Na pierwszy rzut oka bardzo mi go przypominał, ale nie chciałam nawet myśleć, że to mógł być on. Jeśli był, kim zdawał się być: jakim cudem pojawił się właśnie tutaj i właśnie teraz!? Przecież nie pozwoliliby mu na wejście na pokład! Jego ciemne oczy na chwilę skierowały się na mnie, a z jego twarzy znikł uśmiech, który szybko ustąpił przerażeniu. Zaraz po zajęciu miejsca, po przeciwnej stronie przy oknie, mężczyzna odwrócił głowę w drugą stronę. Postanowiłam pójść w ślady nieznajomego znajomego, więc wbiłam wzrok w widok rozpościerający się za oknem. Nawet, jeśli jest szansa, że to nie on, i tak nie miałam zamiaru z nim rozmawiać. Do tej pory ciężko mi było wybaczyć, że znikł bez choćby słowa pożegnania. Taki był właśnie Daniel. Pełen energii, uwielbiał gnać przed siebie i nigdy nie patrzył wstecz. To wiedział każdy! Już jako dziecko często uciekał z domu, a ja niemal za każdym razem mu w tym towarzyszyłam.
         Przez całą podróż do Nowego Jorku, nie spojrzałam się ani razu w stronę spóźnionego pasażera. Starałam się również o nim nie myśleć, zagłuszając chaos w głowie głośną muzyką. Lot upłynął spokojnie, i jak na pokonaną odległość dość szybko. Dopiero na lotnisku było gorzej. Spotkałam się z nim twarzą w twarz. Kiedy miałam już odebrać swój bagaż, po prostu stanął na drodze do taśmociągu. Chciał zajrzeć mi w oczy, ale ja spuściłam wzrok. Nie miałam mu nic do powiedzenia, ale nie mogąc się powstrzymać, warknęłam:
- Zejdź mi z drogi Collins.
        Próbowałam go wyminąć, ale ten uparcie stawał przede mną. Czułam sobie na jego wzrok. Gdyby ta sytuacja wydarzyła się jeszcze kilka lat temu, uznałabym ją za normalną. Teraz jednak nie marzyłam o niczym innym, jak o szybkim opuszczeniu tego miejsca.
        Czułam sobie na jego wzrok. Gdyby ta sytuacja wydarzyła się jeszcze kilka lat temu, uznałabym ją za normalną. Teraz jednak nie marzyłam o niczym innym, jak o szybkim opuszczeniu tego miejsca.
 - Nie ma mowy, Trancy. – Oznajmił, znów bezczelnie zachodząc mi drogę.
       Brzmienie jego głosu przyprawiło mnie o ciarki. Daniel ani drgnął, ale udało mi się znaleźć w sobie tyle siły, aby go odepchnąć od siebie. Minęłam go, odebrałam bagaż, a potem szybkim krokiem wyszłam z budynku. Nie odwróciłam się, żeby spojrzeć na jego reakcję. Po prostu opuściłam teren lotniska i wsiadłam do pierwszej wolnej taksówki, która zawiozła mnie do domu.