Mając nadzieję, że tego dnia mam już za sobą wszystkie przykre spotkania, udałam się taksówką do swojego nowego mieszkania. Nie było ono nowe, jak również nie było mi obce. Przecież już w nim kiedyś mieszkałam, razem z zmarłymi rodzicami. Od mojego ostatnioego pobytu w tym mieszkaniu, nic się tu nie zmieniło. Wchodząc do budynku, będąc coraz bliżej drzwi do domu, myślałam o tym, czy obok mnie dalej mieszkają Collins’owie. Wychodząc z lotniska powstrzymywałam się od tego, aby skierować swoje rozmyślania na ten temat. Daniel skutecznie to pokrzyżował. Brzmienie jego głosu przyprawiło mnie o ciarki. Tak dawno go nie słyszałam, ale wystarczyła chwila, aby się upewnić że to był on. Zaskoczeniem było dla mnie to, że na drzwiach naprzeciwko moich nie wisiała już tabliczka z napisem ,,Collins’’. Obecnie widniało na niej nazwisko Whittemore. Będąc tu ostatnio po pogrzebie rodziców widziałam jeszcze Sarę Collins, która wchodziła do środka z zakupami. Nie chcąc zbytnio się nad tym rozwodzić wyjęłam z torby pęk kluczy, włożyłam odpowiedni do zamka drzwi i przekręciłam go. Niemal w tym samym czasie otworzyły się drzwi tuż za mną.
- Nowa sąsiadka? - zapytał męski głos.
Nie odwracałam się przez jakiś czas, ponieważ sparaliżowana niepewnością nie wiedziałam, co powiedzieć. Sprawcą był brytyjski akcent należący do mężczyzny, który najprawdopodobniej był moim nowym sąsiadem.
- Wszystko porządku? - zapytał podchodząc do mnie.
Westchnęłam cicho i odwróciłam się do niego. Moim oczom ukazał się wysoki mężczyzna o kręconych blond włosach. Wyciągnął dłoń w moją stronę.
- Charles - przedstawił się.
Jego błękitne oczy błyszczały. Byłam zbyt oszołomiona, aby cokolwiek powiedzieć. To była kolejna tego dnia niezręczna sytuacja.
- Coś się stało? - zapytał.
- Chyba... Chyba tak... - szepnęłam niepewnie.
Puścił moją dłoń, a ja szybko wyjęłam klucze z zamka i uchyliłam drzwi do mieszkania. Pośpiesznie uciekłam do środka, wciągając za sobą bagaże. Oparłam się o drzwi, po chwili westchnęłam osuwając się po nich. Patrzyłam się na miejsce, w którym miałam zamieszkać. Mogłam jeszcze stąd uciec, zanim jeszcze nie było za późno, lub tutaj pozostać i zdać się na łaskę losu. Siedziałam w wejściu do mojego mieszkania i pogrążałam się w myślach. Gdybym uciekła, zawiodłabym siebie jak i Deborah, ponieważ pokazałabym że jestem słaba. Jedyną opcją jaka mi pozostała to zostać. Obiecałam sobie, że wezmę się w garść. Powoli wstałam i weszłam do salonu, z nadzieją na nowe lepsze życie. Duże okna wychodziły na ulicę Manhattanu. Podeszłam do jednego z nich, uśmiechając się do własnego odbicia. Tak oto rozpoczęłam swój nowy rozdział w Nowym Jorku. Poszłam do kuchni, która była połączona z salonem. Westchnęłam cicho, kiedy zrozumiałam że nie ma tu kawy, ponieważ jej nie kupiłam. Postanowiłam, że muszę udać się do pobliskiego sklepu. Zmusiłam się do opuszczenia mieszkania w celu zakupu kofeiny, która doda mi siły. Zamknęłam drzwi i ponownie natknęłam się na Charlesa, który stał tuż przed mną. Przy nim byłam skrzatem.
- Wybierasz się na miasto? - Zapytał, zerkając na mnie z uniesioną brwią.
- Tak - beznamiętnie odpowiedziałam.
Uśmiechnął się do mnie, a potem kulturalnie odsunął się, aby umożliwić mi przejście. Nie nacieszyłam się tym długo, bo gdy zaczęłam schodzić na dół zatrzymał mnie.
- Mogę cię oprowadzić! - Zawołał za mną zachęcająco.
Nie mając nic przeciwko zgodziłam się. Naprawdę był fajny, no i nie denerwował mnie tak jak Daniel, kiedy spędzałam z nim czas, chociaż wiedziałam że robił to specjalnie. Charles okazał się być miłym facetem koło dwudziestu trzech lat. Spędzając z nim dzisiejszy dzień zapomniałam o spotkaniu na lotnisku. Odwiedziłam miejsca, w których nie byłam dawno, a które były moimi ulubionymi skrytkami w dzieciństwie. Szliśmy przez park prowadząc luźną rozmowę, jednak podczas niej nastąpiło spięcie.
- Według mnie nie powinnaś się denerwować - powiedział, odnosząc się do tego, co powiedziałam na temat mojej przeszłości.
W tej chwili zaczęłam żałować, że mu o tym powiedziałam. Rzadko przejmowałam się tym, co ktoś o mnie mówił czy myślał, jednak tym razem pomyślałam sobie, że mógł mnie uznać za wariatkę.
- Ja uważam, że nie wiesz co czuję - powiedziałam rozeźlona.
Nic więcej nie powiedziałam. Przyśpieszyłam kroku, chcąc jak najszybciej zostać sama. Nie zrozumiał mnie, ale tego też się spodziewałam. Być może nie przeżył czegoś podobnego? Tego nie mogę dokładnie stwierdzić. Prosto z parku wróciłam do domu i zaczęłam sprzątać. Było to najlepsze zajęcie, podczas którego nie zadręczałam się niepotrzebnie myślami. Nie myślałam ani o nim, ani o zdarzeniu w parku. Mieszkanie dopiero zaczęło przypominać normalne, kiedy zostało w miarę ogarnięte. Niestety zajęło mi to sporo czasu, więc po skończonym sprzątaniu zmęczona zasnęłam na kanapie znajdującej się w salonie, mimo że nie miałam siły by się tam udać. Nie pamiętałam nic z tego, co mi się śniło i może tak dla mnie lepiej? Po przebudzeniu od razu złapałam za telefon i spojrzałam na ekran blokady. Zegar wskazywał 11:50. Nie miałam ochoty na wstawanie jednak zmusiło mnie do tego pukanie do drzwi. Powoli poczłapałam otworzyć. Idąc do drzwi spojrzałam na swoje odbicie kątem oka. Potargane włosy świadczyły o tym, że nie spałam spokojnie. Nie zastanawiając się nad tym, co pomyśli sobie o mnie osoba stojąca za drzwiami po prostu je otworzyłam. Moim oczom ukazał się uśmiechnięty Charles. Ubrany w szarą koszulkę opinającą jego tors i narzucaną na nią czarną skórzaną kurtkę oraz spodnie tego samego koloru. W dłoni trzymał dwa kubki kawy.
- Cześć - odezwał się pierwszy.
- Hej - mruknęłam.
Przyjrzał się mi dokładniej, po czym zaśmiał się i powiedział jakąś uwagę odnośnie mojej fryzury, którą puściłam bokiem. Nie chcąc być zołzą wpuściłam go do połowy ogarniętego mieszkania.
- Może ci się polepszy po dawce kofeiny? - Stwierdził pytającym tonem, podając mi kubek z kawy.
Może źle go potraktowałam wczoraj? Może byłam po prostu przewrażliwiona w temacie Daniela? Czułam potrzebę przeproszenia Charles'a za to, że zostawiłam go wczoraj bez słowa. Siedząc w fotelach w salonie i pijąc kawę spoglądaliśmy na siebie co jakiś czas.
- Przepraszam za wczoraj... - zaczęłam niepewnie po chwili.
- Za co? Rozumiem, że musiałaś gdzieś iść... Albo źle się czułaś... - Wzruszył ramionami. - Sam często znikam bez słowa.
- Tak, źle się poczułam... - powtórzyłam po nim bez przekonania. - Jednak nie wypada, żeby gość był głodny.... A jeszcze nie zrobiłam zakupów... Więc co powiesz na to, żebyśmy poszli na jakieś śniadanie na miasto?
Na jego twarzy pojawił się uśmiech, który natychmiast odwzajemniłam. Nie wiem czemu, jego obecność powodowała, że chciałam się ciągle uśmiechać. Wzięłam szybki prysznic i przebrałam się w lekką, zieloną sukienkę. Razem z nowym sąsiadem wyszliśmy z kamienicy na ulice Manhattanu, w poszukiwaniu dobrej knajpki, która zaserwowała by nam smaczne śniadanie. Zajęło nam to niecałe pół godziny. Wybraliśmy niewielką knajpkę, w której panował przyjemny, lekki klimat. Jej wnętrze było proste. Ściany pomalowane na pastelowy odcień niebieskiego, małe okrągłe stoliki przyozdobione kwiatami i inne subtelne rzeczy nadawały temu miejscu ciekawego klimatu.
Wysoki brunet szedł ulicą Manhattanu, rozmyślając nad ostatnimi wydarzeniami. Pogrążony w myślach wszedł do jednej z kawiarni i zamówił kawę. Od razu po odebraniu zamówienia wyszedł i ruszył prosto przed siebie bez celu. Miał wolne od pracy, a w jego przypadku było to najgorsze, co mogło go spotkać. Ostatni rok był pracowity, praca stała się dla niego czymś ważnym. Nie miał nawet czasu na spotkanie z rodziną. Jednak kiedy wczoraj powrócił z Nowego Orleanu zaczął myśleć o dziewczynie, która siedziała przy oknie, a która patrzyła właśnie na niego. Skupiła na nim swoją uwagę, ale on musiał ją zignorować. Opuścił ją po to, aby mógł zostać kimś i zapomnieć o tym co było w Nowym Jorku. Nie zmienia to faktu, że coś w nim pękło, co sprawiło, że zrozumiał iż kariera i tak go czekała, nawet jeśli by nie wyjechał. Kiedy zgłodniał poszedł do małej restauracji serwującej pyszne śniadania. Była jedną z jego ulubionych. Kiedy wszedł do środka jego nozdrza zaatakowała mieszanka różnych smakowitych dań. Usiadł przy jednym z stolików obok okna, czekając aż kelnerka poda mu kartę z dzisiejszą ofertą śniadań. Przejrzał swój telefon jednak nie zobaczył żadnej nowej wiadomości, gdy usłyszał piękny śmiech, który był mu znajomy. Rozejrzał się dookoła za dziewczyną która się śmiała. Kiedy zauważył piękną brunetkę siedzącą w rogu sali oniemiał. Miała na sobie jasno zieloną sukienkę, a jej kręcone włosy opadały na ramiona. Wtedy przypomniała mu się chwila, kiedy leżeli razem na trawie w Central Parku. Już wtedy miał ogromną słabość do niej. Była jego nadzieją, mimo że nie była tego świadoma. Otrząsnął się, kiedy dostrzegł że blondyn, z którym była Hope, odchodzi od stolika. Postanowił do niej się dosiąść i zamienić z nią chociaż słowo. Kiedy usiadł naprzeciw niej zauważył że przestała się śmiać i utkwiła w nim ostre spojrzenie.
- Wiem, że to nie zabrzmi normalnie... - zaczął. Nie otrzymał żadnej odpowiedzi, przez co uznał że może kontynuować. -Tęskniłem - dodał, obawiając się jej reakcji.
Hope wstała i odwróciła się od niego, a na widok jej spojrzenia Daniel poczuł, jakby ktoś wymierzył mu bolesny policzek. Poniekąd tak właśnie było. Wstał razem z nią i złapał ją za drobną, ciepłą dłoń. Oboje zamarli w bezruchu, jednak kiedy blondyn wrócił do stolika przy którym stali, brunetka wyrwała się Danielowi z uścisku i ruszyła w stronę męskiej toalety.
- Ale to nie tu.... - odezwał się Daniel, czując że może tylko to powiedzieć.
- Zamknij się - warknęła Hope.
- Nowa sąsiadka? - zapytał męski głos.
Nie odwracałam się przez jakiś czas, ponieważ sparaliżowana niepewnością nie wiedziałam, co powiedzieć. Sprawcą był brytyjski akcent należący do mężczyzny, który najprawdopodobniej był moim nowym sąsiadem.
- Wszystko porządku? - zapytał podchodząc do mnie.
Westchnęłam cicho i odwróciłam się do niego. Moim oczom ukazał się wysoki mężczyzna o kręconych blond włosach. Wyciągnął dłoń w moją stronę.
- Charles - przedstawił się.
Jego błękitne oczy błyszczały. Byłam zbyt oszołomiona, aby cokolwiek powiedzieć. To była kolejna tego dnia niezręczna sytuacja.
- Coś się stało? - zapytał.
- Chyba... Chyba tak... - szepnęłam niepewnie.
Puścił moją dłoń, a ja szybko wyjęłam klucze z zamka i uchyliłam drzwi do mieszkania. Pośpiesznie uciekłam do środka, wciągając za sobą bagaże. Oparłam się o drzwi, po chwili westchnęłam osuwając się po nich. Patrzyłam się na miejsce, w którym miałam zamieszkać. Mogłam jeszcze stąd uciec, zanim jeszcze nie było za późno, lub tutaj pozostać i zdać się na łaskę losu. Siedziałam w wejściu do mojego mieszkania i pogrążałam się w myślach. Gdybym uciekła, zawiodłabym siebie jak i Deborah, ponieważ pokazałabym że jestem słaba. Jedyną opcją jaka mi pozostała to zostać. Obiecałam sobie, że wezmę się w garść. Powoli wstałam i weszłam do salonu, z nadzieją na nowe lepsze życie. Duże okna wychodziły na ulicę Manhattanu. Podeszłam do jednego z nich, uśmiechając się do własnego odbicia. Tak oto rozpoczęłam swój nowy rozdział w Nowym Jorku. Poszłam do kuchni, która była połączona z salonem. Westchnęłam cicho, kiedy zrozumiałam że nie ma tu kawy, ponieważ jej nie kupiłam. Postanowiłam, że muszę udać się do pobliskiego sklepu. Zmusiłam się do opuszczenia mieszkania w celu zakupu kofeiny, która doda mi siły. Zamknęłam drzwi i ponownie natknęłam się na Charlesa, który stał tuż przed mną. Przy nim byłam skrzatem.
- Wybierasz się na miasto? - Zapytał, zerkając na mnie z uniesioną brwią.
- Tak - beznamiętnie odpowiedziałam.
Uśmiechnął się do mnie, a potem kulturalnie odsunął się, aby umożliwić mi przejście. Nie nacieszyłam się tym długo, bo gdy zaczęłam schodzić na dół zatrzymał mnie.
- Mogę cię oprowadzić! - Zawołał za mną zachęcająco.
Nie mając nic przeciwko zgodziłam się. Naprawdę był fajny, no i nie denerwował mnie tak jak Daniel, kiedy spędzałam z nim czas, chociaż wiedziałam że robił to specjalnie. Charles okazał się być miłym facetem koło dwudziestu trzech lat. Spędzając z nim dzisiejszy dzień zapomniałam o spotkaniu na lotnisku. Odwiedziłam miejsca, w których nie byłam dawno, a które były moimi ulubionymi skrytkami w dzieciństwie. Szliśmy przez park prowadząc luźną rozmowę, jednak podczas niej nastąpiło spięcie.
- Według mnie nie powinnaś się denerwować - powiedział, odnosząc się do tego, co powiedziałam na temat mojej przeszłości.
W tej chwili zaczęłam żałować, że mu o tym powiedziałam. Rzadko przejmowałam się tym, co ktoś o mnie mówił czy myślał, jednak tym razem pomyślałam sobie, że mógł mnie uznać za wariatkę.
- Ja uważam, że nie wiesz co czuję - powiedziałam rozeźlona.
Nic więcej nie powiedziałam. Przyśpieszyłam kroku, chcąc jak najszybciej zostać sama. Nie zrozumiał mnie, ale tego też się spodziewałam. Być może nie przeżył czegoś podobnego? Tego nie mogę dokładnie stwierdzić. Prosto z parku wróciłam do domu i zaczęłam sprzątać. Było to najlepsze zajęcie, podczas którego nie zadręczałam się niepotrzebnie myślami. Nie myślałam ani o nim, ani o zdarzeniu w parku. Mieszkanie dopiero zaczęło przypominać normalne, kiedy zostało w miarę ogarnięte. Niestety zajęło mi to sporo czasu, więc po skończonym sprzątaniu zmęczona zasnęłam na kanapie znajdującej się w salonie, mimo że nie miałam siły by się tam udać. Nie pamiętałam nic z tego, co mi się śniło i może tak dla mnie lepiej? Po przebudzeniu od razu złapałam za telefon i spojrzałam na ekran blokady. Zegar wskazywał 11:50. Nie miałam ochoty na wstawanie jednak zmusiło mnie do tego pukanie do drzwi. Powoli poczłapałam otworzyć. Idąc do drzwi spojrzałam na swoje odbicie kątem oka. Potargane włosy świadczyły o tym, że nie spałam spokojnie. Nie zastanawiając się nad tym, co pomyśli sobie o mnie osoba stojąca za drzwiami po prostu je otworzyłam. Moim oczom ukazał się uśmiechnięty Charles. Ubrany w szarą koszulkę opinającą jego tors i narzucaną na nią czarną skórzaną kurtkę oraz spodnie tego samego koloru. W dłoni trzymał dwa kubki kawy.
- Cześć - odezwał się pierwszy.
- Hej - mruknęłam.
Przyjrzał się mi dokładniej, po czym zaśmiał się i powiedział jakąś uwagę odnośnie mojej fryzury, którą puściłam bokiem. Nie chcąc być zołzą wpuściłam go do połowy ogarniętego mieszkania.
- Może ci się polepszy po dawce kofeiny? - Stwierdził pytającym tonem, podając mi kubek z kawy.
Może źle go potraktowałam wczoraj? Może byłam po prostu przewrażliwiona w temacie Daniela? Czułam potrzebę przeproszenia Charles'a za to, że zostawiłam go wczoraj bez słowa. Siedząc w fotelach w salonie i pijąc kawę spoglądaliśmy na siebie co jakiś czas.
- Przepraszam za wczoraj... - zaczęłam niepewnie po chwili.
- Za co? Rozumiem, że musiałaś gdzieś iść... Albo źle się czułaś... - Wzruszył ramionami. - Sam często znikam bez słowa.
- Tak, źle się poczułam... - powtórzyłam po nim bez przekonania. - Jednak nie wypada, żeby gość był głodny.... A jeszcze nie zrobiłam zakupów... Więc co powiesz na to, żebyśmy poszli na jakieś śniadanie na miasto?
Na jego twarzy pojawił się uśmiech, który natychmiast odwzajemniłam. Nie wiem czemu, jego obecność powodowała, że chciałam się ciągle uśmiechać. Wzięłam szybki prysznic i przebrałam się w lekką, zieloną sukienkę. Razem z nowym sąsiadem wyszliśmy z kamienicy na ulice Manhattanu, w poszukiwaniu dobrej knajpki, która zaserwowała by nam smaczne śniadanie. Zajęło nam to niecałe pół godziny. Wybraliśmy niewielką knajpkę, w której panował przyjemny, lekki klimat. Jej wnętrze było proste. Ściany pomalowane na pastelowy odcień niebieskiego, małe okrągłe stoliki przyozdobione kwiatami i inne subtelne rzeczy nadawały temu miejscu ciekawego klimatu.
**************
- Wiem, że to nie zabrzmi normalnie... - zaczął. Nie otrzymał żadnej odpowiedzi, przez co uznał że może kontynuować. -Tęskniłem - dodał, obawiając się jej reakcji.
Hope wstała i odwróciła się od niego, a na widok jej spojrzenia Daniel poczuł, jakby ktoś wymierzył mu bolesny policzek. Poniekąd tak właśnie było. Wstał razem z nią i złapał ją za drobną, ciepłą dłoń. Oboje zamarli w bezruchu, jednak kiedy blondyn wrócił do stolika przy którym stali, brunetka wyrwała się Danielowi z uścisku i ruszyła w stronę męskiej toalety.
- Ale to nie tu.... - odezwał się Daniel, czując że może tylko to powiedzieć.
- Zamknij się - warknęła Hope.