Minął
miesiąc od ostatniego przypadkowego spotkania z Danielem, jednak dalej
rozmyślam, czy było ono takie do końca przypadkowe? Oboje się tu wychowaliśmy.
Nie wiedziałam, czy wrócił do Nowego Jorku po moim wyjeździe, czy nie i nie
chciałam tego wiedzieć. Byłam za bardzo ogarnięta wizją mnie w Paryżu. Poznałam
tam moją najlepszą przyjaciółkę Deborah, która pomogła mi dojść do siebie.
Zaraz po niej pojawiły się kolejne osoby, które stały mi się bardzo bliskie.
Miesiąc w Nowym Jorku minął mi bardzo szybko, ponieważ musiałam ogarnąć
mieszkanie po rodzicach i niespodziewanie musiałam przeprowadzić remont kuchni.
Jednak teraz wszystko wyglądało już lepiej. Charles stał się w kimś rodzaju
dobrego kolegi, na którego mogłam liczyć. Nie umknęło to uwadze mojej przyjaciółki,
której wspomniałam o moim sąsiedzie.
- Już mnie kimś zastąpiłaś? – zapytała.
- Już mnie kimś zastąpiłaś? – zapytała.
Tak samo jak i ja, wiedziała, że
jest niezastąpiona. Nie ważne, jaka odległość nas dzieliła byłyśmy, najlepszymi
przyjaciółkami. Brakowało mi jej, ponieważ nawet rozmowy przez komunikatory nie
mogły dać za wiele. Pewnego dnia zasugerowałam, że mogłaby mnie odwiedzić,
jednak nie była za bardzo szczęśliwa z tego powodu. Dziwiło mnie to, bo kiedy
wyjeżdżałam z Paryża zapewniła mnie, że odwiedzi mnie niedługo. Nie wiem czemu odmówiła,
ale brzmiało to podejrzanie.
Następnym moim celem było znalezienie sobie jakiegoś zajęcia, które zajęłoby mi większą ilość czasu.
Następnym moim celem było znalezienie sobie jakiegoś zajęcia, które zajęłoby mi większą ilość czasu.
Byłam świadoma
tego, że nie mogłam siedzieć cały dzień w domu. Po prostu zwariowałabym. Charles wyjechał tydzień temu z Nowego
Jorku na wyjazd służbowy, więc zostałam zdana na samą siebie. Postanowiłam, że
od dziś zacznę bardziej się starć o pracę. Kiedy się obudziłam zrobiłam sobie
porządną kawę, ale zanim ją wypiłam zjadłam śniadanie. Myślami byłam zupełnie
gdzie indziej, ponieważ sama nie wiedziałam, gdzie chciałabym pracować. Mam
dwadzieścia pięć lat i czas wziąć się w garść! Pomaszerowałam do łazienki.
Wzięłam szybki prysznic, a
potem umyłam zęby i przebrałam się w świeże ubrania. Wtedy dopadła mnie myśl,
że mogłabym być przedszkolanką. Nie wiem dlaczego. Nie miałam młodszego
rodzeństwa i nie miałam zbyt częstego kontaktu z dziećmi. Zaczęłam szukać
dostępnych ofert pracy w przedszkolach.
Zapisałam numery kilku interesujących ofert i zabrałam się za pisanie swojego
CV. To, ku mojemu zaskoczeniu, okazało się najmniejszym problemem. Bardziej
obawiałam się rozmowy. Co jeśli zapytają mnie o to, czemu akurat chcę być
przedszkolanką? Nie miałam żadnego pomysłu, co mogłabym wtedy odpowiedzieć.
Chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do Deborah, licząc w duchu, że ona coś mi
podpowie.
- Halo? – Spytał męski głos.
- Halo? – Spytał męski głos.
O dziwo, kojarzyłam ten głos. Nie
był mi w żaden sposób obcy. Na myśl przyszło mi tylko jedno imię, którego nie
chciałam wypowiedzieć.
- Gdzie jest Deborah? – zapytałam.
- Gdzie jest Deborah? – zapytałam.
Daniel nic nie odpowiedział, ale
w słuchawce usłyszałam, jak coś powiedział do dziewczyny. W mojej głowie
pojawiały się setki pytań. Czy ich coś łączyło? Skąd się znali? I czemu on
odbiera jej telefon?
- Hope… - Deborah przejęła aparat.
- Hope… - Deborah przejęła aparat.
Nic nie mówiłam, z
niecierpliwością czekając na jej wyjaśnienia. Sama określała go gorzej niż ja,
a teraz on jest z nią? Sama nie wiedziałam, o co tu mogło chodzić.
- Czemu ten palant odbiera twój telefon?! - Nie wytrzymałam i zapytałam podenerwowana.
- Boże… Znaczy się… - Wyraźnie było słychać, że nie wie co ma powiedzieć. – Hope. Jeśli pomyślałaś, że mnie coś z nim łączy, to jesteś w błędzie.
- A co miałam pomyśleć? – Oburzona weszłam jej w słowo. – Myślisz, że mogłam pomyśleć inaczej?
- Czemu ten palant odbiera twój telefon?! - Nie wytrzymałam i zapytałam podenerwowana.
- Boże… Znaczy się… - Wyraźnie było słychać, że nie wie co ma powiedzieć. – Hope. Jeśli pomyślałaś, że mnie coś z nim łączy, to jesteś w błędzie.
- A co miałam pomyśleć? – Oburzona weszłam jej w słowo. – Myślisz, że mogłam pomyśleć inaczej?
Może i nie powinnam tak na nią
naskakiwać, ale była moją najlepszą przyjaciółką, która sama mówiła mi, że
Collins nie jest wart nikogo i że sama by nawet na niego nie spojrzała. A tu
taka niespodzianka. Deborah zaczęła się usprawiedliwiać, jednak nie za bardzo
byłam przekonana jej usprawiedliwieniami.
- On jest moim szefem. – Powiedziała po chwili.
- Że co?!
- On jest moim szefem. – Powiedziała po chwili.
- Że co?!
Cieszyłam się bardzo, że nie
miałam w ręce żadnego kubka z herbatą
i że nic nie piłam. Z pewnością zaczęłabym się dusić.
Pojawiła się w Nowym Jorku, chciała tu zamieszkać oraz znaleźć pracę. Miało to
pozostać w tajemnicy przed mną, bo chciała zrobić mi niespodziankę, ale jednak
jej się to nie udało.
- Ale czemu..? – Urwałam, nie wiedząc, jak skończyć to zdanie.
- Nie mogę rozmawiać. Wpadnę do ciebie wieczorem. –W pośpiechu się rozłączyła.
- Ale czemu..? – Urwałam, nie wiedząc, jak skończyć to zdanie.
- Nie mogę rozmawiać. Wpadnę do ciebie wieczorem. –W pośpiechu się rozłączyła.
I tak znów pozostałam sama z
swoimi myślami. Mieszkanie był posprzątane, a zakupy już dawno zrobione. Nie
miałam, co robić, ale jednak wpadł mi pewien szalony plan. Wzięłam do ręki
kartkę z zapisanymi numerami i zaczęłam dzwonić po kolei. Rozmowy przebiegały
różnie. Cztery z siedmiu ofert okazały się nieaktualne. Jedna z rozmów
przebiegła najlepiej i po wymienieniu paru zdań była umówiona na rozmowę
kwalifikacyjną po południu. Miałam jeszcze godzinę nad tym, aby pomyśleć co
będę mogła powiedzieć. Schowałam wydrukowane CV do czarnej teczki i położyłam
ją na komodzie obok drzwi wejściowych tak, aby jej nie zapomnieć. Stwierdziłam,
że niebieska sukienka w białe kropki nie będzie odpowiednia na tą rozmowę, więc
udałam się do sypialni i otworzyłam szafę. Poszukiwania idealnego ubrania
pochłonęły prawie cały mój wolny czas. Wyrób padł na
czarne spodnie i białą luźną koszulkę na ramiączka oraz marynarkę. Przebrałam
się szybko, w drodze do drzwi założyłam czarne szpilki na nogi. Biegłam wręcz
do wyjścia. Spojrzałam na siebie w lustro i stwierdziłam, że nie ma czasu na
zrobienie czegoś z włosami. Zostawiłam je opadające na moje ramiona. Wzięłam
teczkę i opuściłam swoje mieszkanie, wychodząc z budynku zerknęłam na zegarek.
Do spotkania zostało mi niecałe
dwadzieścia minut. Nie wiedziałam, jakim cudem dostanę się do wyznaczonego
miejsca podczas godzin szczytu. Wychodząc na zewnątrz spotkałam Charlesa,
ubranego w granatowy garnitur, który wysiadał z samochodu.
- Gdzie…? - Nie zdążył dokończyć, bo weszłam mu w zadnie.
- Jak się spóźnię to zabiję kogoś. – Zdenerwowanie doskonale widać było na mojej twarzy.
- Podwieźć cię gdzieś? – Zaproponował, próbując mnie uspokoić.
- Gdzie…? - Nie zdążył dokończyć, bo weszłam mu w zadnie.
- Jak się spóźnię to zabiję kogoś. – Zdenerwowanie doskonale widać było na mojej twarzy.
- Podwieźć cię gdzieś? – Zaproponował, próbując mnie uspokoić.
Pieszo bym nie zdążyła i
samochodem pewnie też nie. Co mi szkodziło zaryzykować? Był moją ostatnią deską
ratunku. Wsiadłam do jego auta i tuż po zapięciu pasów odjechaliśmy spod
kamienicy. Podczas drogi zadzwoniłam do właścicielki przedszkola i uprzedziłam
ją, że mogę się trochę spóźnić. Na szczęście trafiłam na cierpliwą kobietę.
Najważniejsze było to, abym dojechała.
-Rozmowa kwalifikacyjna? - zapytał zdziwiony Charles. - W przedszkolu?
-Nie wiem, czemu mnie tam ciągnie, ale chyba spróbuję. – Lekko wzruszyłam ramionami.
-Rozmowa kwalifikacyjna? - zapytał zdziwiony Charles. - W przedszkolu?
-Nie wiem, czemu mnie tam ciągnie, ale chyba spróbuję. – Lekko wzruszyłam ramionami.
Uśmiechnął się do mnie. Przejazd
przez zatłoczone ulice Nowego Jorku zajął nam niecałe pół godziny. Przy
odrobinie szczęścia Charlesa, bo ja najwidoczniej dziś go nie miałam. Kiedy
chciałam wysiąść z samochodu, załapał mnie za rękę.
- Zaczekaj. – Złapał mnie za nadgarstek. - Zamknij oczy.
- Zaczekaj. – Złapał mnie za nadgarstek. - Zamknij oczy.
Niepewnie zamknęłam oczy, nie
wiedząc, o co mu mogło chodzić. Poczułam na swoim nadgarstku coś chłodnego.
Kiedy pozwolił mi otworzyć oczy, spojrzałam od razu na nadgarstek, na który
była założona srebrna bransoletka z zawieszką w kształcie czarnego ptaka.
- Powodzenia. - Uśmiechnął się uroczo.
- Powodzenia. - Uśmiechnął się uroczo.
Uśmiechnęłam się do niego i
wyszłam. Nie chciałam się spóźnić, ale i postanowiłam, że jeszcze zdążę mu
podziękować za pomoc . Wysiadłam z samochodu i poszłam na rozmowę. Jak się
okazało przedszkole było bardzo przytulne. Słychać w nim pełno dzieci które
były pełne energii. W sali numer cztery czekała na mnie wysoka blondynka w
wieku około czterdziestu trzech lat. Dzieci grzecznie siedziały przy
stoliczkach rysując. Według
właścicielki była to doskonała okazja na rozmowę. Byłam zestresowana, ponieważ
pierwszy raz od trzech lat byłam na rozmowie kwalifikacyjnej, a nigdy nie
starłam się o posadę przedszkolanki. Kobieta zadawała mi różne pytania,
spoglądając co jakiś czas to na dzieci, to na podane przez mnie CV.
- Ma pani dzieci? – Spytała, zerkając na mnie zaciekawiona.
- Nie. – Od razu szczerze odpowiedziałam. – Uważam, że jestem jeszcze za młoda.
- Ma pani dzieci? – Spytała, zerkając na mnie zaciekawiona.
- Nie. – Od razu szczerze odpowiedziałam. – Uważam, że jestem jeszcze za młoda.
Raz jeszcze uśmiechnęła się do
mnie, jednak nie powiedziała nic więcej. Przez kilka minut tylko czytała mój
życiorys. Nie wiedziałam czy to dobrze, czy może jednak źle. Co prawda
pracowałam już kiedyś, ale w korporacji, co nie ma nic wspólnego z dziećmi i
tego najbardziej się obawiałam.
- Dzieci czasem są trudne do zrozumienia. Trzeba być ostrożnym. - Stwierdziła po chwili. - Jednak jesteś osobą młodą, co prawda bez doświadczenia, ale uważam, że jednak dam pani szansę się sprawdzić.
- Dzieci czasem są trudne do zrozumienia. Trzeba być ostrożnym. - Stwierdziła po chwili. - Jednak jesteś osobą młodą, co prawda bez doświadczenia, ale uważam, że jednak dam pani szansę się sprawdzić.
Wbrew moim obawom dostałam tę
pracę. Spodziewałam się trudnych pytań, ale szczęśliwie z każdego wybrnęłam.
Zostałam zatrudniona na razie na okres próbnym trwający równy miesiąc. Później,
jeśli im się spodobam, będę mogła zostać na dłużej. Zadowolona opuściłam
przedszkole i ruszyłam ulicą w stronę domu. Dzięki temu puściłam w niepamięć
zdarzenie, które miało miejsce jeszcze kilka godzin temu. Mijałam różne sklepy,
jednak jeden przykuł moją uwagę. Był to sklep z zabawkami. Nie zainteresowały
mnie zabawki. Bardziej zastanawiało mnie to, co robił tam Charles.
Nie weszłam tam i nie zapytałam
go o to, mógłby mnie uznać za nie normalną. Być może jego rodzeństwo miało
jakieś dzieci? Nie chciałam w to wnikać, więc udałam się w stronę domu. Z
niecierpliwością czekałam na wizytę Deborah, jednak czas strasznie mi się
dłużył. Postanowiłam wziąć prysznic po tym dniu pełnym wrażeń. Zostawiłam za
sobą wszystkie negatywne uczucia i zastąpiłam je tymi najmilszymi. Kilka minut
później miałam chęć iść na dach kamienicy, jednak mój rozsądek podpowiadał mi,
że nie powinnam. Miałam nie rozdrapywać starych ran… Zignorowałam ten głos i
poszłam tam. Betonowa szara powierzchnia nadal była taka sama. Różniła się
tylko tym, że teraz nie było na niej rysunków namalowanych przed laty kredą
przez mnie i mojego przyjaciela. Niedaleko
wejścia na dach była odnowiona ławeczka oraz stały gliniane donice z
roślinnością. Najwidoczniej to miejsce nie było zapomniane. Zamknęłam oczy i
pozwoliłam sobie zapomnieć, że jestem w Nowym Jorku. Odpłynęłam, a myślami
byłam zupełnie gdzieś indziej. W miejscu, gdzie byłam wolna. Gdzie mogłam robić
wszystko, czego tylko zapragnęłam. Byłam silna. Dookoła mnie były łąki, nie
słyszałam już trąbiących aut. Był tylko szum wiatru i łagodny śpiew ptaków.
Dałabym wszystko, żeby znaleźć się w tym miejscu naprawdę. Byłam tu sama, ale
brakowało mi kogoś. Nie wiedziałam tylko, kogo. Chwilę relaksu przerwał mi
płacz dziecka. Otworzyłam oczy i odwróciłam się. Moim oczom ukazała się postać
Charlesa, trzymającego na rękach małą dziewczynkę mającą nie więcej, niż trzy
lata.
Dziewczynka miała blond włosy i
niebieskie zapłakane oczy. Mina mężczyzny wskazywała na to, że nie spodziewał
się mnie tu w tej chwili. Postawił dziewczynkę, która pobiegła w stronę ławki.
- Hope… - Zaczął niepewnie.
- Hope… - Zaczął niepewnie.
Nie wiedziałam, o co tu chodzi,
ani kim była płacząca dziewczynka. Mój spokój znikł, a w jego miejsce pojawiła
się złość. Nie cierpiałam, kiedy ktoś mnie oszukiwał.
- Kim ona jest? - Zapytałam starając się brzmieć spokojnie.
- To moja córka. – Wyznał z bólem.
- Kim ona jest? - Zapytałam starając się brzmieć spokojnie.
- To moja córka. – Wyznał z bólem.
Tak jak myślałam: oszukał mnie.
Po raz kolejny tego dnia zostałam okłamana. Był zbyt idealny, aby nie miał
żadnej tajemnicy. Minęłam go i ruszyłam w stronę schodów prowadzących do środka
budynku, kiedy na swojej dłoni poczułam dotyk maleńkiej.
Czułam jej ciepło, które przechodziło na mnie. Działało to na mnie uspokajająco, jednak nie na tyle, aby wybaczyć kłamstwo. Ukrywanie dziecka to nie było niewinne kłamstwo, tylko coś ciężkiego. Nie rozumiałam, czemu to ukrywał przed mną.
- Zostanes? - Zapytała dziewczynka, ocierając łzy rączką.
Czułam jej ciepło, które przechodziło na mnie. Działało to na mnie uspokajająco, jednak nie na tyle, aby wybaczyć kłamstwo. Ukrywanie dziecka to nie było niewinne kłamstwo, tylko coś ciężkiego. Nie rozumiałam, czemu to ukrywał przed mną.
- Zostanes? - Zapytała dziewczynka, ocierając łzy rączką.
Nie umiałam jej odmówić. Miała w
sobie coś, co nie pozwalało się sprzeciwić jej woli. Uśmiechnęła się do mnie
pokazując rząd swoich białych zębów.
- Jasne, że tak. - Szepnęłam łagodnie.
- Jasne, że tak. - Szepnęłam łagodnie.
Ona nie była niczemu winna. Za to
jej ojciec tak. Spojrzałam na Charlesa stojącego niedaleko nas. Milczał,
widocznie nie śpieszył się z żadnymi wyjaśnieniami. Dziewczynka pobiegła do
ławki, gdzie zostawiła swoje zabawki i zajęła się pluszowym misiem.
- Powiesz w końcu prawdę? – Spytałam przysiadając na murku.
- Jestem okropnym ojcem. – Westchnął w odpowiedzi.
- Ocenię, jak mi opowiesz, o co w tym chodzi. – Założyłam ręce na piersi.
- Matka Blake zostawiła ją, kiedy tylko się urodziła. – Zaczął, pocierając kark dłonią. - Byłem wtedy młody, miałem tyle lat, co ty, a wiesz, że w tym wieku nie myśli się o wychowywaniu dziecka samemu. Skończyłem studia i chciałem się rozwijać. Moja matka zajmowała się nią dopóki jeszcze żyła. Zmarła dziesięć miesięcy temu.
- Ale jak to możliwe, że nie widziałam jej przez miesiąc ani razu? – Uniosłam w zdziwieniu brew.
- Powierzyłem ją w opiekę jej własnej matce. Mówiła, że się zmieniła. Kłamała. Nie miałem czasu, aby ją sprawdzać. Tydzień temu zadzwoniła do mnie kobieta z opieki społecznej i tak się tu znalazła.
- Powiesz w końcu prawdę? – Spytałam przysiadając na murku.
- Jestem okropnym ojcem. – Westchnął w odpowiedzi.
- Ocenię, jak mi opowiesz, o co w tym chodzi. – Założyłam ręce na piersi.
- Matka Blake zostawiła ją, kiedy tylko się urodziła. – Zaczął, pocierając kark dłonią. - Byłem wtedy młody, miałem tyle lat, co ty, a wiesz, że w tym wieku nie myśli się o wychowywaniu dziecka samemu. Skończyłem studia i chciałem się rozwijać. Moja matka zajmowała się nią dopóki jeszcze żyła. Zmarła dziesięć miesięcy temu.
- Ale jak to możliwe, że nie widziałam jej przez miesiąc ani razu? – Uniosłam w zdziwieniu brew.
- Powierzyłem ją w opiekę jej własnej matce. Mówiła, że się zmieniła. Kłamała. Nie miałem czasu, aby ją sprawdzać. Tydzień temu zadzwoniła do mnie kobieta z opieki społecznej i tak się tu znalazła.
Nastała długa chwila ciszy miedzy
nami. Patrzyłam się na Blake, która bawiła się sama i nie zwracała na nas
uwagi. Była niewinnym dzieckiem, które trafiło w nie odpowiednie ręce nieodpowiedzialnej
matki i zajętego ojca.
- Jeśli mam być szczera, to jesteś beznadziejnym ojcem. - Powiedziałam szczerze po chwili. - Chociaż ja sama nie byłabym lepszą matką.
- Jeśli mam być szczera, to jesteś beznadziejnym ojcem. - Powiedziałam szczerze po chwili. - Chociaż ja sama nie byłabym lepszą matką.
Na jego twarzy pojawił się
szczery uśmiech. Chcąc dać mu odrobinę otuchy przytuliłam go. Mogłam być zła na
niego, ale to nic by nie pomogło. Mogłabym stracić kogoś, kto pomógłby mi w
każdej chwili. A nie był to moment na tracenie kogoś bliskiego.
Gdzie next??
OdpowiedzUsuń